Wspominki na 30-lecie CKiS Skawina: Moje brydżowe sukcesy, czyli... dlaczego zostałem trenerem

Wspominki na 30-lecie sekcji brydża sportowego CKiS Skawina (2)

Moje największe brydżowe sukcesy, czyli… dlaczego zostałem trenerem :)

W pierwszym epizodzie z okazji 30-lecia Centrum Kultury i Sportu w Skawinie i jej sekcji brydża, wspomniałem o pierwszym sukcesie sportowym, jakim był dość niespodziewany złoty medal Mistrzostw Polski Młodzieży Szkolnej mojego brata, Łukasza, i jego partnera, Maćka Grucy. Z tym zdarzeniem wiąże się zabawna historia. Nazajutrz po powrocie do Skawiny chłopaki udali się do szkoły. I w poniedziałkowy wieczór w jednym ze skawińskich domów miała miejsce następująca rozmowa: - A wiesz, że mam w klasie mistrza Polski w brydżu? – zagaiła męża nauczyciela, żona nauczycielka. – Tak? To ciekawe, bo ja też – odpowiedział mąż. Wychowawcami obu klas byli Państwo Wątor, uczący w dwóch skawińskich szkołach średnich – „ogólniaku” (gdzie uczył się Maciek) i technikum (to szkoła Łukasza).

Od tego sukcesu wszystko się zaczęło. Jeszcze w tym samym 1997 roku Łukasz z Maćkiem sięgnęli po „brąz” Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży, na której brydżyści wówczas rywalizowali w jej letniej edycji. Rok później w Lille Piotrek Mądry (w parze z Łukaszem Piworowiczem z Chorzowa, a srebro zdobyli bodaj bracia Kotorowiczowie) został pierwszym i chyba jedynym mistrzem świata do lat 18, bo po tej próbie zaprzestano tych rozgrywek. Co ciekawe – Skawina specjalizowała się w wygrywaniu czegoś „po raz pierwszy”, ale do tego będę jeszcze wracał w kolejnych odcinkach.  

Po sukcesie „Łysego” jak pieszczotliwie zwaliśmy Piotrka, który – wbrew swojej ksywce – nigdy nie miał problemów z włosami, wydawało nam się, że skawińska młodzież będzie pchała się do brydża drzwiami i oknami. W końcu mieliśmy mistrza świata. Nic bardziej mylnego. Ale – po opuszczeniu przeze mnie kategorii „młodzieży szkolnej” – ekipa CKiSu dzieliła i rządziła na krajowym podwórku, kupując czas do tego, by zrobić „nowe otwarcie”. Sprzyjały temu okoliczności: mój brat i Wojtek Strzemecki – byli uczniami technikum (czyli byli młodzieżą szkolną o rok dłużej niż licealiści, a Boban nawet kapkę więcej), a Maciek Gruca i Piotrek Mądry, mieli już ósemkę z przodu PESELu. W dwa lata chłopaki „wykosili” sporo medali, m.in. czterokrotnie stając na podium zawodów drużynowych (dwa razy na MPMSz, dwa razy na Drużynowych MP Szkół i Okręgów Szkolnych)

Ja za to objadałem się smakiem. Do dziś wśród swoich największych zawodniczych „sukcesów” zaliczam trzy osiągi (tak, to trochę jest samobiczowanie): (1) wygrana z bratem w Turnieju Czterech Króli na linii WE. To były czasy, gdy grało się w budynku MPK przy ul. Brożka w Łagiewnikach, rozgrywki ligowe zaczynały się w klasie B, na lokalnych turniejach grało kilkadziesiąt par (choć bliżej setki niż tego, co obecnie), a na wyniki czekało się tydzień. Chyba, że ktoś miał numer telefonu do sędziego – wówczas trochę krócej, choć samo policzenie ręcznie wyników turnieju na 60-70 par to była robota na dobre parę, czy nawet paręnaście godzin. Wracając do samego turnieju – to był jeden z tych dni, w których wiedzieliśmy, że poszło dobrze. No i faktycznie, bodaj Leszek zadzwonił po dwóch-trzech dniach do sędziującego wtedy Tadeusza Tunajka i okazało się, że z dużą przewagą wygraliśmy rywalizację na „słabszej” linii WE. Za zwycięstwo, oprócz nagrody zapewne w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych (a może to było nawet kilkaset tysięcy?) – otrzymaliśmy półroczne karnety upoważniające do darmowej jazdy komunikacją miejską w Krakowie. (2) czwarte miejsce Drużynowych Mistrzostw Polski Szkół i Okręgów Szkolnych. To były czasy Hotelu Diament w Jastrzębiu-Zdrój (wiąże się z nim parę ciekawszych historii, które jednak zostawię innym do opowiedzenia – może ktoś kiedyś…) i… dawnego podziału administracyjnego. Zdarzało się, że w tym trwającym blisko tydzień turnieju uczestniczyło nawet po 30 drużyn (tak, reprezentujących 30 czy więcej województw!), grających każdy z każdym! My w 1997 roku zajęliśmy 4. miejsce, mając… tyle samo VP co drużyna Olsztyna, której skład do dziś doskonale pamiętam: Mariusz Arutiunianc, Marta Bączek, Maciej Kątek, Tomasz Patalan. Przegraliśmy o bodaj 2-3 impy. (3) czwarte miejsce rozgrywek kadrowych juniorów, w których wcale nie mieliśmy grać. Ja byłem po dwuletniej przerwie od brydża. Ale okazało się, że na finałowe kryterium kadry prowadzonej wtedy przez Andrzeja Aleksandrzaka ktoś nie dojechał. Że grało się w Krakowie, Leszek Nowak zorganizował parę w zastępstwie – mnie z bratem. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego graliśmy razem, bo z Łukaszem już od dawna wspólnie nie graliśmy, ale tak wyszło. Do niemal samego końca byliśmy w ścisłym czubie. Grało 8 par i różnice na pierwszych miejscach były mniej więcej takie: zwycięzca miał 387 VP, kolejna para – 386 VP, a dwie kolejne, w tym my – 384 VP. Jasne było, że nie wygrywając (zwycięzca miał tę pewność) w kadrze nie będziemy, ale miło było powalczyć z takimi tuzami tamtych czasów jak: Lutek z Czempionem, Ania Sarniak z Anią Grunt, czy Jacek Baranowski z Markiem Rozkrutem. Pierwsze trzy osoby z w/w wciąż pozostają w aktywności brydżowej, z niemałymi sukcesami. Duża Ania jest tuż obok brydża, a Jacek z Markiem – odnieśli zawodowe sukcesy, w których (kto wie?) może trochę brydż im pomógł? Bodaj te trzy właśnie pary pojechały na Drużynowe Mistrzostwa Europy.

[Wygrałem jeszcze jeden turniej międzynarodowy. We Lwowie. To był 1998 rok. Dni Krakowa we Lwowie, na które zabrał nas Jasiu Blajda. Grałem (jedyny raz w życiu) z Michałem Kapustką, który krótko po tym naszym wielkim "sukcesie" z brydża zrezygnował. Wygraliśmy parę hrywien, ogrywając całą lokalną czołówkę brydżową.]

Te trzy sukcesy sprawiły, że tuż po ostatnim z nich Leszek zaproponował mi „powrót do brydża”. W nowej roli. Instruktora. Ale o tym w kolejnym epizodzie.

Jako niespełniony zawodnik i spełniony trener brydża, zapraszam do udziału w 3. Skawińskim Mityngu Brydżowym: turnieju „piątkowym” Agilero Cup, OTP** 3. Memoriale Leszka „Oja” Nowaka w randze Otwartych Mistrzostw Małopolski Par Open, OTP** „30-lecie CKiS Skawina”. Zapisujcie się i do zobaczenia w Skawinie!

A po trochę starych zdjęć - na Facebooka.

CDN. 

[odcinek 1 mojej chaotycznej opowieści historycznej chętni znajdą TUTAJ]